„Od celu ważniejsza jest droga, która do niego prowadzi…” – Pandemic Legacy: Sezon 1

Jest piątkowy wieczór i zostałeś zaproszony do partii nowiutkiej, tajemniczej planszówki. Z początku wszystko wydaje się zwyczajne, aż tu nagle jeden z graczy przylepia coś do planszy. No nie, co za zachowanie?! Jeszcze nie zdążyłeś zanalizować, co się właściwie stało, gdy ktoś inny rozrywa jakieś pudełeczko będące elementem gry. Boże, to się nie dzieje! Już masz się odezwać, w Twojej głowie szok i niedowierzanie miesza się z narastającą złością. I wtem BUUM! Właściciel gry drze kartę! Ostatnie, co widzisz przed omdleniem, to kawałki podartego papieru spadające na stół. Kurtyna opada…
Jeśli zrobiło Ci się, Drogi Czytelniku, słabo na samą myśl o takiej partii, to radzę nie czytać dalej, gdyż lektura recenzji gry Pandemic Legacy: Sezon 1 może sprawić, że koszmary będą nawiedzać Cię długimi latami. Wspomniany tytuł, wydany w Polsce pod szyldem wydawnictwa Lacerta, to jednak nie tylko darcie kart, to przede wszystkim obietnica ciekawej, intensywnej i niepowtarzalnej przygody. Czy jednak obietnica zostanie spełniona?

 

Zasady w pigułce

Zasady Pandemic Legacy opierają się w dużej mierze na mechanice zwykłej Pandemii (szczególnie na początku rozgrywki). Osoby zainteresowane poznaniem szczegółów owych reguł odsyłam więc do materiału związanego z w.w. prekursorem omawianej gry. W skrócie: naszym zadaniem jest wspólnymi siłami zwalczyć choroby rozprzestrzeniające się po planszy przedstawiającej mapę Ziemi. Nowe zasady będą ujawniane wraz z postępem rozgrywki, co zwiastują puste miejsca w instrukcji. Jednakże już przed pierwszą partią zauważyć można kilka nowości:

  • Postaci – wybranym przez nas osobom nadajemy imiona, które będą pierwszym etapem ich personalizacji. Podczas kolejnych rozgrywek będziemy mieli możliwość dodawania im przydatnych umiejętności i relacji. Niestety postaci mogą nabawić się także blizn, które w skrajnych przypadkach doprowadzą do ich wyeliminowania z gry.
  • Poziomy paniki – w tej odsłonie Pandemii każda inicjacja choroby przez miasto skutkuje także zwiększeniem w nim poziomu paniki. Im wspomniany poziom wyższy, tym trudniej dostać się do miasta (choć oczywiście nie jest to jedyna komplikacja związana ze wspomnianym wzrostem). Poziomy paniki oznaczamy poprzez naklejenie odpowiedniej naklejki obok określonego miasta.
  • Usprawnienia końcowe – bez względu na rezultat rozgrywki gracze mają możliwość wybrania na koniec dwóch usprawnień. Mogą to być zarówno nowe umiejętności dla wybranych postaci, jak i inne elementy mające za zadanie ułatwić pokonywanie przeciwności stawianych przez tytuł.

Oczywiście powyższa lista nie wyczerpuje wszystkich zmian względem oryginału (jest też m.in. kalendarz gry, finansowanie, czy podział mapy na regiony) – owe niuanse można odnaleźć w samej instrukcji. Warto jednak nadmienić, że wszystkie te zmiany są dość subtelne i osoba mająca „na koncie” kilka rozgrywek w Pandemię w mig przyswoi wszystkie różnice. Niezaznajomionym graczom twórcy polecają natomiast kilka partii bez wykorzystania elementów specyficznych dla Legacy, aby nieco oswoić się z grą.

Jak wygląda natomiast wspomniany już aspekt Legacy? Najważniejszą cechą tego typu pozycji jest fakt, że pewne elementy pozostają w grze mimo zakończenia partii. Pandemic nie jest tu oczywiście wyjątkiem- zaczynając kolejną rozgrywkę będziemy mieli te same poziomy paniki w miastach, z którym skończyliśmy wcześniejszą grę, a wszelkie modyfikacje pozostaną na naszych postaciach. Będziemy też odkrywać nowe karty, wydarzenia i komponenty. Czasami przyjdzie nam wręcz podrzeć jakiś element gry (ależ czułem wtedy dyskomfort- nie dałem rady podrzeć wszystkich :P). Na kampanię składać się będzie 12 głównych etapów rozgrywek symbolizowanych przez kolejne miesiące roku. Każdy miesiąc możemy zagrać dwukrotnie, ale po drugiej porażce musimy iść już dalej. W odpowiednim momencie gra poinstruuje nas także precyzyjnie, który zapieczętowany komponent gry należy odsłonić i ujawnić jego zawartość. Pewne aspekty w każdej kampanii Pandemic Legacy pozostaną niezmienne, ale wiele elementów losowych sprawia, że nasza kampania najprawdopodobniej dość znacząco różnić się będzie od rozgrywek dowolnej innej grupy.

Pierwsza randka

Pudełko do Legacy robi przyjemne wrażenie. Zarówno gabarytowo (jest sporo większe od oryginału), jak i jakością wydania. Bardzo ładny projekt graficzny (dostępny w dwóch odsłonach: niebieskiej i czerwonej) i jakość tektury nastawiły mnie zdecydowanie pozytywnie do tytułu. Po otwarciu też jest dobrze! Przede wszystkim uwagę skupia sensownie przygotowana wypraska, która świetnie segreguje wszystkie elementy gry i umożliwia dobre rozeznanie w nich między kolejnymi rozgrywkami. Mamy do dyspozycji trochę plastiku w postaci kostek chorób, wszelkiej maści znaczników, a także pionów graczy. Te ostatnie w dalszym ciągu niestety są zrobione bardzo siermiężnie (poziom Chińczyka), choć generalnie jakość elementów plastikowych nie budzi zastrzeżeń.

Nowością są oczywiście elementy Legacy w pudełku. Przede wszystkim w oczy rzuca się szereg czarnych pudełeczek, które kryją przeróżne niespodzianki czekające podczas kolejnych rozgrywek. Oczywiście nie możemy ich od razu otworzyć, aczkolwiek będzie nas dosłownie skręcało z ciekawości. Od strony technicznej natomiast wszystko jest tutaj ok. Kolejnym elementem z tej kategorii będzie zestaw czerwonych teczek z napisem „ŚCIŚLE TAJNE”. Tutaj oczywiście efekt będzie podobny- teczki będą wręcz zachęcały nas do rozpoczęcia przygody z grą w pierwszym możliwym terminie z naciskiem na „teraz, zaraz, natychmiast”. Negatywnym aspektem wspomnianych elementów jest jednak fakt, że nie zostały one spięte w jedną całość, przez co odnalezienie odpowiedniej teczki może zająć nieco więcej czasu, gdy nie pilnujemy kolejności ich ułożenia. Mamy do dyspozycji także cały zestaw naklejek, których używamy m. in. do oznaczania rożnych wydarzeń na planszy i na kartach postaci. Nie ma problemu z ich odklejaniem i nanoszeniem na elementy gry, choć sam klej mógłby nieco lepiej utrzymywać je na planszy (kilkukrotnie zauważyłem tendencję do odklejania się poziomów paniki od oznaczonych miast). Ostatnim istotnym komponentem Legacy jest odpowiednia talia kart, która jest odkrywana podczas rozgrywki i zawiera kluczowe zdarzenia dla kolejnych partii. Warto tutaj podkreślić, że zarówno wspomniane karty, jak i inne elementy wchodzące w skład tej grupy zostały należycie oznaczone i zabezpieczone. Nie ma więc mowy, aby przedwcześnie zobaczyć elementy fabuły i popsuć sobie niespodziankę.

Oczywiście, oprócz talii Legacy, mamy także do czynienia z szeregiem „normalnych” kart (infekcji, miast, itd.). Wszystkie te karty cechuje dobra jakość, przyjemna dla oka grafika i akceptowalna, acz nie powalająca, grubość. Standard CCG umożliwia ich zakoszulkowanie dość niskim sumptem, choć w przypadku tego typu gry nie widzę w tym wielkiego sensu. Dostępnych mamy także kilka kart postaci, które są nieco większe od swoich odpowiedników w zwykłej Pandemii i możliwe jest ich złożenie na pół. Jakość wykonania i estetyka stoją na bardzo dobrym poziomie. Od kart płynnie przechodzimy do planszy gracza. Jest ona rozkładana na wzór Robinsona Crusoe i wielu gier spod szyldu FFG– sześć kwadratów połączonych ze sobą co najmniej jednym z boków. Plansza dzięki temu sprytnemu sposobowi składania jest duża i czytelna. Minusem jest natomiast fakt, że po rozłożeniu nie leży ona płasko. Niektóre części mają tendencję do podnoszenia się i musiałem wręcz stosować elementy obciążające, aby można było komfortowo grać. Na koniec pozostała nam jeszcze instrukcja. Ciężko tutaj przyczepić się do czegokolwiek. Książeczka zasad ma wszystko, czego mógłbym od niej oczekiwać: dobrze wprowadza osoby niezaznajomione z mechaniką Pandemii, posiada sensowny szkielet, przez co łatwo odszukać odpowiednie informacje, a także jest dość kompaktowa. Nie byłbym także sobą, jakbym nie wspomniał o przejrzystym spisie komponentów- bardzo przydatna sekcja każdego manuala. Cechą charakterystyczną instrukcji do Pandemic Legacy jest występowanie w niej szeregu pustych pól z informacją, że należy przykleić tam naklejkę z odpowiednimi zasadami, gdy gra nas o tym poinformuje.

Wrażenia „dzień po”

Zacznę od najbardziej chyba kontrowersyjnego aspektu Pandemic Legacy, czyli jej „jednorazowości”. Celowo użyłem tutaj cudzysłowu, ponieważ realnie pozycja umożliwia rozegranie 12-24 partii, choć gry o ściśle limitowanej (zazwyczaj niewielkiej) liczbie partii przyjęło się nazywać tym właśnie pejoratywnym mianem. Faktem jest, że bez dodatkowych kombinacji (i nie licząc rozgrywek w trybie „czysta Pandemia”) zagramy w Sezon 1 zapewne naście razy. Czy jest to problem? W moim przypadku odpowiedź brzmi: zdecydowanie nie i to z przynajmniej 3 powodów:

  1. Średnia ilość rozgrywek w gry o podobnym ciężarze mieści się u mnie w przedziale 15-20 w ciągu pierwszego roku ich posiadania. Na tym tle omawiana pozycja wypada jak najbardziej ok.
  2. Cena gry (około 150-180 zł) sprawia, że w dalszym ciągu daje ona bardzo dobry bilans w kategorii: koszt – czas rozrywki (bije chociażby pod tym względem kino). W moim przypadku skończyło się na 16 partiach, które czterem osobom dały około 30 godzin dobrej zabawy. Czy 180 zł to faktycznie wygórowana cena?
  3. O jakości i wartości gry świadczy w moich oczach nie tylko jej regrywalność, ale także sama radość czerpana z partii m.in. poprzez odkrywanie niebanalnej fabuły i nowych elementów planszówki. Innymi słowy intensywność i świeżość rozgrywki jest dla mnie równie istotna, co czas jej trwania.

Pozostańmy jeszcze na chwilę przy tym problemie i przeanalizujmy go nieco dogłębniej. Rzekomym problemem Pandemii jest skończona liczba partii, co dramatycznie wpływa na regrywalność. Ośmielę się jednak postawić tezę, że dla wielu osób jest to bardziej pewna bariera psychiczna niż realny problem. Mamy tendencję do kupowania na zapas, brania więcej, niż faktycznie będziemy w stanie wykorzystać. Przy kupnie laptopa staramy się wybrać jak najmocniejszy sprzęt, żeby sprostał naszym wymaganiom. W wielu przypadkach używany jest on później do przeglądania stron WWW. Nabywając aparat patrzymy na magiczną liczbę megapikseli. Mało jednak kto robi wydruki wielkoformatowe, do których owe miliony są potrzebne. Tak samo jest w moim przeświadczeniu i tym razem. Boimy się jasno zdefiniowanego limitu, chcemy wszak pozycję, która nie będzie nas ograniczać. Jednakże zastanówmy się, czy faktycznie kupujemy jedną grę na rok, w którą rozgrywamy później setki partii? Czy raczej jedną na miesiąc i zagramy w nią około 10, może 15 razy, po czym pozycja zostanie wyparta przez kolejną nowość? Wnioski nasuwają się same- nie pozwólmy, żeby nasza własna psychika pozbawiła nas możliwości poznawania dobrych gier.

No dobra, zejdźmy jednak z tych psychologicznych dywagacji na nieco bardziej przyziemny temat. To, że Pandemia jest moim zdaniem udanym tytułem, to już zapewne dało się odczytać z dotychczasowej treści. Ale z czego to wynika? Pierwszym krokiem stanowiącym o sile tego tytułu jest jej mechanika. Standardowa Pandemia jest grą elegancką, tytułem ocierającym się o idealny balans głębi rozgrywki w stosunku do jej stopnia trudności i czasu pojedynczej partii. Autorzy wykorzystali ten sprawdzony, doceniony silnik i obudowali go masą dodatkowych elementów, które jeszcze bardziej urozmaicają rozgrywkę. Co niezwykle istotne, nie zapędzono się zanadto w owych zmianach i nie uraczono nas przysłowiowym „wiejskim tuningiem”. Podczas zagłębiania się w tytuł kolejne odkrywane elementy zaskakują, ale czujemy jednocześnie, że pasują do gry i świetnie uzupełniają całość. System Legacy naprawdę robi różnicę- decyzje mają realne konsekwencje! To już nie jest radosna partyjka w stylu: „jedziemy z koksem, najwyżej zaczniemy od nowa”. Gdy człowiek ma świadomość nieodwracalnych skutków swoich decyzji, to automatycznie bardziej angażuje się w przedsięwzięcie. Spokojnie jednak! Nie znaczy to, że podczas rozgrywki będziemy czuli się bardziej, jak przy rozbrajaniu bomby, a przed partią każdy profilaktycznie będzie łykał Stoperan. Nie będziemy jednak traktować partii po macoszemu zajmując się telefonem i innymi pierdołami. Nie, gramy w Pandemic Legacy, więc w 100% skupiamy się na rozgrywce! Inaczej piłować będziemy gałąź, na której siedzimy…

Tak wychwalam omawiany tytuł na lewo i prawo, więc pewnie pomyślicie, że to jakaś gra idealna, która słusznie zajmuje pierwsze miejsce w rankingu BGG. Cóż, nie będę komentował samego miejsca, ale tytuł w moim odczuciu wady niestety posiada. Na pierwszy ogień idą nieścisłości związane z zasadami. Nie zdarzają się one nader często, ale od czasu do czasu miałem potrzebę upewnić się, jak zinterpretować kolejne aspekty serwowane przez tytuł, które pojawiają się podczas całego cyklu „przechodzenia” gry. Bardzo pomocne okazało się tutaj FAQ do tej odsłony Pandemii, które gorąco polecam każdemu (pomoc podzielona jest na konkretne miesiące występujące w grze i nie ma ryzyka zepsucia sobie zabawy). Oczywiście nie każda wskazówka tam zawarta wynika z braków w samych materiałach dostarczonych wraz z grą, jednakże można byłoby co nieco tutaj poprawić. Druga kwestia, to dość mało tzw. flavor text, czyli tekstu mającego budować samą atmosferę i zapewniać tło fabularne dla historii. Nie jest jakoś tragicznie, ale moim zdaniem mogłoby być trochę lepiej w tym aspekcie. Skoro jest to pozycja Legacy i autor z góry wie, co się wydarzy, warto byłoby jeszcze bardziej zadbać o budowanie otoczki fabularnej. Finalnie troszkę rozczarował mnie także system końcowej oceny naszych poczynań. W moim odczuciu elementy znacznie ułatwiające rozgrywkę były potraktowane dość ulgowo, natomiast te subtelniejsze o wiele bardziej niekorzystnie wpłynęły na wynik końcowy, co spotkało się z lekkim niesmakiem naszej drużyny.

Jak tam natomiast skalowalność w omawianej pozycjiWłaściwie każdy skład (2-4 graczy) pozwala na czerpanie z tej gry przyjemności, aczkolwiek optymalnym są cztery osoby, które w dodatku pozostaną niezmienne przez cały cykl rozgrywek. Nie do końca zgodzę się jednak z pudełkowym czasem gry– 60 minut jest nieco zaniżone. U mnie było to zazwyczaj 1,5-2 godziny, choć wpływ na to mogło mieć ostrożne analizowanie aspektów gry i nieco czasu, jaki trzeba poświęcić na otwieranie, przyklejanie i zaznajamianie się z nowymi elementami pozycji. Przy okazji warto nadmienić, że aspekt ten może być odebrany przez niektórych jako wada (często trzeba uczyć się nowych zasad, czasami sprawdzać pewne niejasności w FAQ, co może nieco przesunąć start partii). Dla mnie jest to po prostu cecha tego typu gier.

Naturalnym pytaniem, które może nurtować część potencjalnych odbiorców tytułu jest to, czy posiadając zwykłą Pandemię jest sens kupować Legacy? Moje odpowiedź jest jednoznaczna- tak! Gra będzie na tyle odmienna i emocjonująca, że najpewniej wybaczymy jej te kilka powtarzających się mechanik względem starszej siostry. Pojawia się jednak pewne ryzyko- słyszałem opinię niejednej osoby, że po zagraniu w Legacy zwyczajnie nie chce już wracać do podstawowej wersji. Czujcie się więc ostrzeżeni. :)
Inną kwestią jest natomiast grupa osób, której standardowa Pandemia nie przypadła do gustu. Tutaj sytuacja jest bardziej subtelna. Znam osoby (w tym recenzentów), które mimo otwartej wrogości do Pandemii zakochały się w Legacy. Trzeba jednak mieć na uwadze fakt, że jej trzon stanowi właśnie zwykła Pandemia. Tak więc, jeżeli zagraliście w oryginał i budzi on u Was zdecydowanie najgorsze instynkty, to raczej powinniście sobie podarować także tę odsłonę. Jeżeli jednak była ona dla Was ok (choć nic nie urwało), to tutaj Sezon 1 może być przyjemnym zaskoczeniem i tym, czego właśnie brakowało w klasycznym tytule.

Osoby, które poznały mój materiał odnośnie klasycznej Pandemii zapewne już domyślają się, jak będzie w Legacy wyglądała kwestia grania z dziećmi– jest to jak najbardziej możliwe, a wręcz polecane. Garść plusów pokrywa się niejako z korzyściami rozgrywki w jej prekursora (m. in. bezpieczny temat, współpraca rodzic-dziecko). Tutaj natomiast dochodzi jeszcze jeden aspekt. Grając rodzinnie mamy zazwyczaj mniejszy problem z zebraniem współgraczy. Warto jednakże pilnować minimalnego progu wieku. Pudełkowe 13+ jest raczej rozsądnym minimum (ewentualnie można zejść do 12 lat), w przeciwnym razie gra będzie narażona na zbyt duży syndrom lidera. Dorośli, nie chcąc zepsuć sobie całościowego wyniku, będą wywierać zbyt dużą presję na, nie do końca odnajdujących się w rozgrywce, dzieciach.

Słowem podsumowania można powiedzieć jedno. Matt Leacock  i Rob Daviau (autorzy gry)  wzięli „na warsztat” bardzo dobrą pozycję i uczynili ją jeszcze lepszą! Budowanie napięcia i zaskoczenie jest w Pandemic Legacy zrealizowane po prostu świetnie! Gra wciąga niczym dobre kino akcji- praktycznie każda partia kończyła się niedosytem i chęcią kolejnej, aby zobaczyć, gdzie zaprowadzi nas ta przygoda (choć należy zaznaczyć, że nie należy przesadzać z ilością następujących po sobie gier, aby nie zacząć popełniać kuriozalnych błędów). Oczywiście, jest to tytuł ograniczony do pewnej liczby rozgrywek. Już chyba jednak pozbawiłem Was przesadnych uprzedzeń związanych z tym faktem. Nie ilość partii, jaką technicznie możemy zagrać w tytuł, a ilość, jaką chcemy w niego zagrać, finalnie rozstrzyga, czy mamy do czynienia z wartościową planszówką.

PS. Zawsze pozostaje także perspektywa, że już niebawem pojawi się w sklepach Sezon 2…

I tym właśnie jest dla mnie Pandemic Legacy: S1…

… połączeniem sprawdzonej mechaniki z dużą dozą nowości i niespodzianek dającym finalnie kampanię kilkunastu spójnych, trzymających w napięciu rozgrywek .

Cytat użyty w tytule stworzył Henry David Thoreau.